Straciłam całą radość z rysowania i tworzenia. Gdy cokolwiek wrzucam do sieci, nie cieszą mnie już żadne komentarze, rozmowy – czekam tylko, aż polubi to X. Aż wyrazi swoją aprobatę. A on jej nie wyraża. Jedyne, co go interesuje, to Klaudia. Twórczość Klaudii. 40 zdjęć Klaudii. Zasmarkane kurwa waciki z nosa Klaudii pewnie też. Wiem, że brzmi to niesamowicie głupio, ale przez X straciłam całkowicie pasję do tworzenia. Pisania, rysowania, czegokolwiek. Jeżeli X nie wyrazi aprobaty, nic nie ma sensu. Moja praca jest na marne. Nigdy nie przestanę być gorsza od Klaudii. :( Mimo że Klaudia ma go w nosie.

Serce

Ostatnio większość życia spędzam w wymyślonym świecie. Z wymyślonymi ludźmi. Wiem, że to do niczego nie prowadzi, ale nie widzę sensu w niczym. Wykańczają mnie choroby a to, co się dzieje (i nie dzieje), sprawia, ze jestem straszliwie obolała. Wszystko mnie boli, dosłownie wszystko. Czuję się jak jedna wielka rana. Jak rozdeptane zwierzę. Gdy ktoś wyrządzi mi drobną przykrość, rozpadam się na części. Zaczynam płakać bez powodu. Czasami myślę, że jestem jakaś przeklęta, jak kiedyś, w podstawówce. Czasami wydaje mi się znowu, że to świat ma jakąś wadę konstrukcyjną. Że nie istnieją dobrzy ludzie. Każda osoba, którą uważałam za „faith in humanity is restored”, prędzej czy później robi coś, co straszliwie boli. Niektórzy nie potrafią nawet tego wyjaśnić, chociaż próbuję. Nie lubię nosić w sobie drzazg. Za bardzo lubią się paprać.

Kładę sie spać nad ranem, gdy nafaszeruję się już głupimi filmami. Kładę głowę na poduszce, rękę na drugiej. I wyobrażam sobie, ze pod tą ręką jest serce. I tak zasypiamy, ja i nieistniejące serce. Czasami drżące pod palcami i trzepoczące się jak przerażona ćma, wyrywające się, rozrywające klatkę żeber. Innym razem miarowo bijące, wyciszające świat. Szumi do snu siecią żył. Mówi, że nic już nie będzie źle. Że to już koniec. Tuli się do mojej ręki, parząc mi palce tak mocno, że aż krwawię łzami. Serce, którego nie ma.

Tak trudno mi patrzeć na ludzi na ulicach… Tak wiele rzeczy sprawia mi ból. Dziś widziałam parę dzieciaków z liceum. Sympatyczni, fajni ludzie. Tulili się, rozmawiali, trzymali za ręce. Czułam się, jakby ktoś wiercił mi dziurę we wnętrznościach. Myślałam tylko o tym, że mnie to nigdy nie spotkało. I nie spotka już. Nigdy nie będę tego przeżywać. To uczucia, tak piękne, ale stracone na zawsze. I tak cieszę się, gdy mogę wyjść – coraz trudniej mi to robić. Coraz bardziej utrudnia mi życie choroba.

Częściej piję. Upijam się, żeby nie myśleć. Nie czuć. Nie mieć świadomości. Świadomość boli. Chciałabym móc po prostu przestać to znosić. Skończę jak menel. Zapiję się na śmierć z braku uczuć.

W ciemnym pokoju

Kiedy tkwisz w ciemnym pokoju, a ktoś na chwilę zapali światło i nagle je zgasi, robi się jeszcze bardziej ciemno niż przedtem. Odkąd spotkałam X., moja pustka jest jeszcze bardziej pusta. Nieznajoma twarz w sieci. Pokochałam go, widzisz, zanim jeszcze zobaczyłam jego zdjęcie. Pisał wiersze, które pozwalał mi czytać. Wszystkie wołały tęsknotą. Płakały samotnością. Krwawiły niecierpliwością. Zapragnęłam ukoić tę tęsknotę, tak podobnej do mojej, chociaż sporo krótszą. Rozmawialiśmy, a X. miał dziwną właściwość, że co drugie zdanie przez niego wypowiadane było cudowną, miękką puchową chmurką. Opowiadał o szukaniu, o tęsknocie, o naszej ukochanej fantastycznej krainie z powieści. O tym, jak piękno jest czyste i nieskalane obrzydliwością, wulgarnością i ohydą. Jak ludzie mylą seks z miłością. Jak ważne są wierność, ideały, Bóg.
Nie czułam się wcale od niego starsza. Był moim mistrzem i nauczycielem. Wszystko, co tworzyłam, robiłam dla niego. Byleby mu tylko zaimponować. Nie mogłam spać, gdy nie zauważył, nie docenił.

Trudno było mi zaakceptować, że przez wiele dni milczy. Myślałam, że mną pogardza. Wpadałam w panikę, rozbijałam się od ściany do ściany. Wyjaśnił mi, że nie. Że to tylko taka introwertyczna osobowość. Że kontakt wyczerpuje. Zamknięty w sobie, jak spłoszony kot. Byłam przekonana, że ma mnie w nosie, bo taki obraz świata wpoiła mi moja kochana mamusia. „Mężczyzna pierwszy zaczyna, kobieta ma stać na wystawie i czekać aż ją zauważą”. Powiedział, że trudno mu zaczynać rozmowę w ogóle. Że boi się wystąpień publicznych. Chciałam przygarnąć go ze wszystkimi tymi rzeczami, które tylko jeszcze bardziej czyniły go doskonałym.

Byłam przekonana, że jest osobą, na którą czekałam. Że tylko musiałam trochę wytrzymać dłużej. Bo przecież pasujemy do siebie idealnie. Tak wiele nas łączy, tak bardzo się zgadzamy. Powierzał mi rzeczy, których – jak sam twierdzi – nie znał nikt poza jego najbliższymi. A więc czułam się wyróżniona. I ta tęsknota, o której pisał, która z niego wypływała… Marzyłam, żeby towarzyszyć mu w tej drodze, którą idzie; by mu pomagać, wspierać go, inspirować. Słuchałam muzyki, której on słuchał i czułam, że przenikamy się gdzieś na jakiejś niewidocznej płaszczyźnie, do której wpuścił mnie z ostrożnością. Marzyłam, że kiedyś będziemy razem zanurzać się w tym świecie. W jednym pokoju. Że będzie mi dane zanurzyć rękę w jego włosach. Wyobrażałam sobie, jak razem w milczeniu siedzimy na ławce i wpatrujemy się w horyzont. Pragnęłam ukoić jego zmarznięte z zimna palce w swoich dłoniach. Bo mam zawsze ciepłe ręce.

Nie przyjął mojej wyciągniętej dłoni. Bolało mnie, że pisze o tym w czasie przeszłym, jakby już to zabił, bo dla mnie to jeszcze nadal żyło. Z tyłu głowy czułam nieuzasadnioną nadzieję, że szansa istnieje… Ale mam świadomość, mam ją cały czas, że reanimuję zwłoki, podczas gdy można już tylko stwierdzić zgon.

Rozmawiamy ze sobą. Rozmawiamy a moja szalona głowa za każdym razem ucieka. Biegnie w tą przyszłość, która istniała jeszcze niedawno. Próbuję bezskutecznie łapać go i zatrzymywać. Nie słucha mnie. Czasami patrzę na zdjęcia koleżanki, które namiętnie lajkuje. Gdy on do mnie mówi, ja biję się po twarzy tymi zdjęciami, tymi komentarzami – chcę wytresować się jak psa, który w koncu nauczy się, że tam jest już tylko ból, że tam nie ma po co podchodzić.

Wydawał mi się idealny. Jakby dla mnie wycięty z papieru. Boję się, że takich ludzi więcej nie ma.

Przekleństwo zieleni

Dziwna to żaba. Przez rz, bo w ogóle taka mocno na głowie stojąca, nie pasująca, niepoukładana… Zielona. Zielona bardzo.

Kim jestem?
Płeć żeńska. Lat 30. Mieszkam w dużym mieście. W zasadzie rzecz pospolita. Rzekłbyś, anonimowy czytelniku, nudna. A jednak, ktoś zażartował sobie ze mnie i nie wiedzieć czemu, pozbawił mnie kawałka życia. Przez całe te lata nigdy, naprawdę nigdy nie miałam chłopaka. Nigdy. Tak, dziwisz się pewnie teraz albo myślisz, że kłamię, bo jakże to tak? Nigdy? Nawet na studiach? Nawet w liceum? Ano nigdy.

Zastanawiasz się teraz (wybacz, że tak wchodzę w Twój tok myślenia – może jest on zupełnie inny, niż mi się wydaje?), jak szpetna i obrzydliwa muszę być. Zapewne ważę 100 kilo, mam popsute zęby i coś tam jeszcze, niepotrzebne skreślić, co obecnie jest synonimem brzydoty w tym zrytym świecie, nie wiem. Cóż, nie jestem piękna. Ważę 90 kilo. Nie, nie dlatego, że żrę jak świnia, opycham się w MacDonaldzie. Choruję. Nie napiszę na co, bo widzisz – boję się dekonspiracji. Nie wstydzę się swojej zieloności, po prostu gdy masz świadomość, że nad Twoją głową wisi autocenzor w psotaci nazwiska – ukrywasz więcej. A ja nie chcę kryć uczuć, bo… właśnie, dochodzimy do kolejnego pytania, które pewnie sobie zadajesz.

Po co ja to naprawdę piszę?
Bo resztką świadomości, gdzieś w środku, gdzie nie dociera brud świata i programów młodzieżowych z TVN, wierzę, że  jest nas więcej. Że są na świecie inni ludzie, którym odmówiono poznania bycia z kimś. Że tak samo obijają się o ściany. I czuję, że nie wyjdą z domu, tak jak i ja nie wyjdę. Nie spotkają sie, jak karze obyczaj, na imprezie u Jolki, w nocnym klubie albo na portalu randkowym. Nie, nie uważam, by był to największy problem pierwszego świata. Ani nawet mojego świata. Ale chcę się upewnić, że ktoś jeszcze tam jest. Że nie jestem endemitem, który pełznie po powierzchni ziemi.

Czemu nikogo nie miałam?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Są dni, że myślę, że po prostu jestem szpetna. Odrażająca. Wstydzę się wtedy wyjść na ulicę. Mam poczucie, że wszyscy patrzą się na mnie z obrzydzeniem i z trudem powstrzymują chichot. Bywają i tacy, którzy nie powstrzymują. Przecież to takie fajne pośmiać się z grubej baby. Na pewno jest leniwa i gnuśna, nie chce jej się ćwiczyć i wpierdala czekoladę na przemian z kebabami. Można jej zrobić zdjęcie i wrzucić na demotywatory. Powinnam w zasadzie przywyknąć. W podstawówce byłam brzydka. W liceum byłam pasztetem. W drugim – również. Gnojono mnie we wszystkich szkołach, przez które miałam okazję się przewinąć. Na studiach… na studiach było normalnie, przez chwilę. Ale i zawsze znajdowała się jakaś życzliwa dusza, która wytknęła mnie palcem. Pamiętam, że kiedyś jakieś dzieci zawołały za mną „Patrz, potwór”. To było dziesięć lat temu, gdy nie byłam wcale gruba. W liceum zresztą byłam nawet ładna. Teraz to widzę, gdy patrzę na zdjęcia z tamtego czasu. Nie chuda, ale normalna, urokliwa dziewczyna o pięknych, długich włosach i radosnym uśmiechu. Kiedy opowiadam ludziom o tym, że stanowiłam szkolny archetyp brzydoty, nie mogą się nadziwić. „Przecież ta dziewczynka jest ładna” – mówią. Była, odpowiadam. Była.

Są dni, gdy myślę, ze przyczyna jest inna. Bo przecież są brzydsze. Są grubsze. Kobiety, które nie mają rąk, nóg, połowy twarzy. Zdeformowane, uznane przez nasz chory świat za nieludzkie wręcz. Kochają i są kochane. Patrzę na dziewczyny na ulicach, podświadomie mierzę obwód ich talii by sprawdzić, czy jestem od nich szersza. Często nie jestem. A jednak przy nich stoi mężczyzna. Przy mnie nie.

Choroba zmieniła mnie. Umieściła mnie w ciele, które nie jest w zasadzie moim. Czasami robi mi się dziwnie, gdy czytam wyznania transseksualistów. O poczuciu obecności w cudzym ciele, w ciele kogoś innego. O niedopasowaniu tego, co na zewnątrz z tym, co wewnątrz. O jakimś patologicznym wrażeniu zamknięcia w innej, nieznanej (znienawidzonej?) osobie. I to jest dziwne, bo mam to samo wrażenie. Choć w moim ciele pasuje mi płeć – nie pasuje nic więcej… Chudłam i tyłam, głównie przez leki i inne cudowne bajery medyczne. Raz w życiu miałam prawidłowe BMI. Na górnej granicy. Jadłam wyłącznie semolinę i gotowane warzywa, przez kilka miesięcy. Miałam anemię. W moim organizmie nie bytowała ani jedna czerwona krwinka. I nadal, nadal tkwiłam na górnej granicy. Ale świata to specjalnie nie obchodzi. Dla nich wszystko jest proste. Wystarczy mniej jeść i ćwiczyć, prawda?

Nie wychodzę z domu zbyt często. Głównie z powodu choroby. Tak, zapewne teraz zadajesz sobie pytanie „Czy nie ma na to żadnych leków?”. Ależ są. Biorę je, można rzec, ze faszeruję się nimi. Jestem jednym wielkim objawem ubocznym. A mimo to wyjść nie mogę wtedy, gdy chcę. Choć czasami się buntuję i bywa, że koniec jest w szpitalu, z kroplówką w łapsku. Ostatnie podrygi zabijanej ostrygi…

Nie, nie wstydzę się swojego dziewictwa. Jestem z niego poniekąd dumna, bo teraz tak niewiele osób w ogóle myśli o czystości. Z seksu zrobiło się sport, weekendową rozrywkę. Może zapytasz się mnie teraz, jak Ty możesz tak żyć? Ano mogę. Nie brakuje mi tego wcale. Ani trochę. Ani odrobinę. No, może odrobineczkę, ale nie bardziej niż innych rzeczy, których nie znam i które jakoś specjalnie mnie nie fascynują. Jak wejścia na Mount Everest albo skoku na bungee. Czasami myślę, że mogłabym w ogóle żyć bez seksu. Nie, nie jestem aseksualna. Czuję pożądanie, jak każdy homo sapiens. Ale gdyby los postawił przede mną cudownego mężczyznę, który z jakiejś przyczyny nie mógłby nigdy kochać się ze mną, nie zrezygnowałabym ze związku. Bez intymności małżeńskiej można stworzyć miłość. Bez miłości z intymności zostaje w zasadzie tylko kopulacja…

Brakuje mi pocałunku. W zasadzie tylko raz w życiu całowałam kogoś, o ile to można nazwać pocałunkiem. Graliśmy w jakąś idiotyczną grę, za pomocą których dzieciaki lubią udawać dorosłych. Buteleczka wskazała na mnie. Zetknęliśmy się ustami i liczyliśmy do dziesięciu. Oto całe moje doświadczenie w kwestii całowania. Lubiłam sobie mówić, że trzymam swój pierwszy pocałunek dla kogoś wyjątkowego. Bywało, że chciałam po prostu poczuć, co się wtedy przeżywa i skorzystać z jakiejś głupiej sytuacji. Na szczęście tego nie zrobiłam. Jakoś wolę go dalej trzymać, niż zepsuć, nawet jeśli już dawno usechł niczym stary, zasuszony w książce kwiat.

Brakuje mi wspólnego milczenia. Trzymania się za ręce. Głaskania po twarzy. Takich rzeczy. Wiele dla mnie znaczą. Parę razy ktoś niebacznie trzymał mnie za rękę, nie wiedząc, że ona cała przerażona drży i panikuje. Maskowała się.

Bywało, że wyobrażałam sobie nieistniejące postacie. Rozmawiałam z nimi, żeby zaspokoiły mój głód. Z czasem stały się coraz bardziej niezależne i przestraszyłam się, że żyją własnym życiem a ja przestaję mieć nad nimi kontrolę. Znajomy ksiądz powiedział, że z tego wyrosnę. Trudno wyrosnąć. Mój kolega? przyjaciel? (nie wiem) rzucił kiedyś, że wiedzie alternatywne życie w świecie fikcji i że to całe lata zdrady. Wiem, że to głupie. Że to niszczące. Że czasami zło po prostu wciska się przez tę szczelinę do mojego udręczonego umysłu. Ale pokusa jest zbyt silna i przyłapuję się na tym, jak przełykając powietrze wyobrażam sobie, że jest chlebem.

W baśniach żaba pocałowana zmienia się w królewnę. Porzuca swoją starą formę i przybiera nową. Nie jestem tak naiwna by wierzyć, że zmienię swoją formę. Że uda mi się z niej wyleźć. Ale wierzę, że może ktoś kiedyś zobaczy mnie we mnie.

Jeżeli chcesz tu pozostawić swoje porady dietetyczne, daj sobie spokój. Są od tego strony z Chodakowską. Nie potrzeba mi też reklam biorezonansu, magicznych chińskich wiatraczków ani książek motywujących do działania. Jeżeli chcesz napisać coś od siebie, jakieś przemyślenie, jakiekolwiek – nawet złe… zostaw. Zrobiłam dla ciebie skrzynkę, broascaverde@wp.pl. Ja odważyłam się odsłonić, ale ty może nie dajesz rady? Może za wcześnie jeszcze. A chcę znać twoje zdanie. Może to do ciebie właśnie piszę teraz? Może jesteś w tym samym momencie życia, gdzie ja teraz, i potrzebujesz zapewnienia, że ktoś inny przechodzi to samo? A może po prostu masz ochotę mnie obśmiać, trudno. Przeżyję.