W ciemnym pokoju

Kiedy tkwisz w ciemnym pokoju, a ktoś na chwilę zapali światło i nagle je zgasi, robi się jeszcze bardziej ciemno niż przedtem. Odkąd spotkałam X., moja pustka jest jeszcze bardziej pusta. Nieznajoma twarz w sieci. Pokochałam go, widzisz, zanim jeszcze zobaczyłam jego zdjęcie. Pisał wiersze, które pozwalał mi czytać. Wszystkie wołały tęsknotą. Płakały samotnością. Krwawiły niecierpliwością. Zapragnęłam ukoić tę tęsknotę, tak podobnej do mojej, chociaż sporo krótszą. Rozmawialiśmy, a X. miał dziwną właściwość, że co drugie zdanie przez niego wypowiadane było cudowną, miękką puchową chmurką. Opowiadał o szukaniu, o tęsknocie, o naszej ukochanej fantastycznej krainie z powieści. O tym, jak piękno jest czyste i nieskalane obrzydliwością, wulgarnością i ohydą. Jak ludzie mylą seks z miłością. Jak ważne są wierność, ideały, Bóg.
Nie czułam się wcale od niego starsza. Był moim mistrzem i nauczycielem. Wszystko, co tworzyłam, robiłam dla niego. Byleby mu tylko zaimponować. Nie mogłam spać, gdy nie zauważył, nie docenił.

Trudno było mi zaakceptować, że przez wiele dni milczy. Myślałam, że mną pogardza. Wpadałam w panikę, rozbijałam się od ściany do ściany. Wyjaśnił mi, że nie. Że to tylko taka introwertyczna osobowość. Że kontakt wyczerpuje. Zamknięty w sobie, jak spłoszony kot. Byłam przekonana, że ma mnie w nosie, bo taki obraz świata wpoiła mi moja kochana mamusia. „Mężczyzna pierwszy zaczyna, kobieta ma stać na wystawie i czekać aż ją zauważą”. Powiedział, że trudno mu zaczynać rozmowę w ogóle. Że boi się wystąpień publicznych. Chciałam przygarnąć go ze wszystkimi tymi rzeczami, które tylko jeszcze bardziej czyniły go doskonałym.

Byłam przekonana, że jest osobą, na którą czekałam. Że tylko musiałam trochę wytrzymać dłużej. Bo przecież pasujemy do siebie idealnie. Tak wiele nas łączy, tak bardzo się zgadzamy. Powierzał mi rzeczy, których – jak sam twierdzi – nie znał nikt poza jego najbliższymi. A więc czułam się wyróżniona. I ta tęsknota, o której pisał, która z niego wypływała… Marzyłam, żeby towarzyszyć mu w tej drodze, którą idzie; by mu pomagać, wspierać go, inspirować. Słuchałam muzyki, której on słuchał i czułam, że przenikamy się gdzieś na jakiejś niewidocznej płaszczyźnie, do której wpuścił mnie z ostrożnością. Marzyłam, że kiedyś będziemy razem zanurzać się w tym świecie. W jednym pokoju. Że będzie mi dane zanurzyć rękę w jego włosach. Wyobrażałam sobie, jak razem w milczeniu siedzimy na ławce i wpatrujemy się w horyzont. Pragnęłam ukoić jego zmarznięte z zimna palce w swoich dłoniach. Bo mam zawsze ciepłe ręce.

Nie przyjął mojej wyciągniętej dłoni. Bolało mnie, że pisze o tym w czasie przeszłym, jakby już to zabił, bo dla mnie to jeszcze nadal żyło. Z tyłu głowy czułam nieuzasadnioną nadzieję, że szansa istnieje… Ale mam świadomość, mam ją cały czas, że reanimuję zwłoki, podczas gdy można już tylko stwierdzić zgon.

Rozmawiamy ze sobą. Rozmawiamy a moja szalona głowa za każdym razem ucieka. Biegnie w tą przyszłość, która istniała jeszcze niedawno. Próbuję bezskutecznie łapać go i zatrzymywać. Nie słucha mnie. Czasami patrzę na zdjęcia koleżanki, które namiętnie lajkuje. Gdy on do mnie mówi, ja biję się po twarzy tymi zdjęciami, tymi komentarzami – chcę wytresować się jak psa, który w koncu nauczy się, że tam jest już tylko ból, że tam nie ma po co podchodzić.

Wydawał mi się idealny. Jakby dla mnie wycięty z papieru. Boję się, że takich ludzi więcej nie ma.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.